Z okazji 70. rocznicy wybuchu strajków robotniczych w Poznaniu, określanych dziś jako Poznański Czerwiec ‘56, publikujemy fragment artykułu autorstwa prof. Marii Cristiny Marcuzzo (Sapienza University of Rome). Artykuł ten stanowi obszerny wywiad z Richardem Kahnem, jednym z najbliższych współpracowników i uczniów Johna Maynarda Keynesa. Kahn był także jednym z głównych przedstawicieli keynesowskiej szkoły ekonomii, utożsamianej z nurtem zapoczątkowanym przez Keynesa i jego uczniów na Uniwersytecie w Cambridge.
Wizyta w Polsce (wstęp Marii Marcuzzo)
Proces, w wyniku którego osłabiono wpływy stalinizmu w Polsce, jest zazwyczaj określany mianem „odwilży”. Określenie to pochodzi od tytułu powieści radzieckiego pisarza Ilji Erenburga, opublikowanej w maju 1954 roku (Hiscocks 1963, s. 171). Proces odwilży [związany ze śmiercią Józefa Stalina w 1953 roku – przyp. tłum.] trwał około trzech lat i osiągnął punkt kulminacyjny wraz z powrotem Władysława Gomułki do władzy w październiku 1956 roku. Gomułka, w toku negocjacji z przywódcami radzieckimi w 1956 roku, wywalczył dla swojego kraju znaczny zakres swobody w sprawach wewnętrznych.
Zamieszki poznańskie wybuchły rankiem 28 czerwca 1956 roku, kiedy pracownicy zakładów ZISPO1ZISPO (Zakłady im. Józefa Stalina Poznań, dawniej Zakłady H. Cegielskiego, obecnie Zakłady Przemysłu Metalowego H.Cegielski – Poznań) – był to wielki zakład produkujący lokomotywy i wagony zlokalizowany w Poznaniu rozpoczęli strajk i pod przewodnictwem zakładowego sekretarza partii ruszyli w kierunku centrum miasta, aby przeprowadzić pokojową demonstrację. Wkrótce padły strzały i sytuacja wymknęła się spod kontroli. Siły wojskowe stacjonujące w Poznaniu nie były w stanie przywrócić porządku, jednak dzięki posiłkom przysłanym z Warszawy walki zakończyły się wieczorem 29 czerwca. Oficjalnie podano do wiadomości, że zginęły 53 osoby, a około 300 zostało rannych. Jednak niektóre nieoficjalne szacunki wskazywały na znacznie wyższą liczbę ofiar. Aresztowano ponad trzysta osób (Hiscocks 1963, s. 192–193).

Relacja ze zdarzeń (Richard Kahn)
W czerwcu 1956 roku grupa brytyjskich ekonomistów odwiedziła Polskę. Polski reżim przechodził właśnie okres „odwilży” – stopniowo uwalniał się spod jarzma Związku Radzieckiego. Było to niezwykle ekscytujące doświadczenie. W skład delegacji wchodzili: Teddy Jackson z Oksfordu, Joan Robinson, Kenneth Berrill, Brian Reddaway, Ruth Cohen i ja z Cambridge, Roy Allen z London School of Economics oraz czołowi ekonomiści z innych [brytyjskich – przyp. tłum.] uniwersytetów – łącznie około piętnastu osób.
Zdumiewające było to, że zrujnowane miasta Polski zostały odbudowane w tak krótkim czasie, i to z zachowaniem wierności historycznej. Dotyczyło to nie tylko katedr, kościołów i budynków użyteczności publicznej, lecz także najpiękniejszych dzielnic mieszkalnych, takich jak urokliwa XVIII-wieczna część Warszawy. Odbudowując gotyckie katedry, Polacy przywracali im ich pierwotny wygląd, rezygnując z późniejszych upiększeń, które zamiast podnosić walor estetyczy, raczej go osłabiały.
W Warszawie każdego popołudnia prowadziliśmy dyskusje przy wystawnym podwieczorku z czołowymi polskimi ekonomistami, wśród których byli Michał Kalecki i Włodzimierz Brus. Jeden z tej grupy został właśnie zwolniony z więzienia. My, Brytyjczycy, odczuwaliśmy pewien niepokój, obawiając się, że takie rozmowy mogą narazić naszych polskich rozmówców na kłopoty ze strony władzy. Na przykład otwarcie krytykowaliśmy marksowską teorię wartości. Jednak pod innymi względami wielu naszych polskich przyjaciół pozostawało marksistami. Jednocześnie byli oni wrogo nastawieni do Rosjan, od których doznali wielu krzywd i którzy nadal mieli silne wpływy w Polsce, czego dowodem była obecność wojsk radzieckich w tym kraju.
Z Warszawy udaliśmy się do Poznania specjalnym wagonem sypialnym. Celem podróży było zwiedzenie Międzynarodowych Targów Poznańskich oraz wielkich zakładów przemysłu elektrotechnicznego produkujących ciężkie urządzenia elektryczne. Po przyjeździe najpierw zawieziono nas do hotelu,gdzie mogliśmy się odświeżyć, ogolić i zjeść śniadanie. Następnie pokazano nam niektóre z okazałych poznańskich budynków użyteczności publicznej. Część z nich przetrwała wojenne bombardowania, inne zaś zostały odbudowane zgodnie z historycznymi wzorcami.
Podczas zwiedzania miasta zauważyliśmy pochód robotników, których postawa sprawiała wrażenie wrogiej.
– Czy w Polsce dozwolone są wrogie demonstracje? – zapytaliśmy.
– Nie – odpowiedziano.
Wyjaśniono nam, że w Warszawie doszło do nieporozumienia pomiędzy Ministerstwem Turystyki a Ministerstwem Przemysłu. To drugie nie poinformowało pierwszego o sporze płacowym w zakładach przemysłu elektrotechnicznego [zakładach ZISPO – przyp. tłum.] oraz o tym, że strajk jest nieunikniony.
– Ale czy strajki są legalne w Polsce? – dopytywaliśmy.
– Nie – brzmiała odpowiedź.

Niektórzy z nas chcieli pójść za tłumem. Nasz polski opiekun próbował nas odwieść od tego pomysłu.
– Nic interesującego się nie wydarzy – zapewniano nas. – Będzie tylko kilka przemówień, których i tak nie zrozumiecie. (Żaden z nas nie znał języka polskiego). Mimo to dwóch członków naszej grupy postanowiło podążyć za demonstrantami.
Resztę naszej grupy przewieziono autobusem na Międzynarodowe Targi. Jednak podróż nie przebiegła spokojnie. W pewnym momencie drogę zagrodziła nam barykada z dużych kamieni i musieliśmy nadłożyć drogi. Barykada znajdowała się przed poznańskim budynkiem rozgłośni radiowej. Strajkujący zdążyli już wtargnąć do środka i wyrzucić na ulicę urządzenia zagłuszające sygnał radiowy. Wzięliśmy ich fragmenty na pamiątkę. Z zainteresowaniem stwierdziliśmy, że zostały wyprodukowane w Stanach Zjednoczonych.
Wkrótce po przybyciu na Targi usłyszeliśmy serię z broni maszynowej. Nasi gospodarze postanowili ostrożnie wycofać się pieszo do hotelu, ponieważ nasz autobus został zarekwirowany. Kiedy dotarliśmy na miejsce, przed hotelem stały w szeregu cztery czołgi.
Zamieszki nie ograniczały się do działań strajkujących robotników zakładów elektrotechnicznych. Rozruchy ogarnęły całe miasto Poznań. Starannie przeprowadzone przez nas rozmowy i obserwacje utwierdziły nas w przekonaniu, że wydarzenia te nie były wcześniej zaplanowane – miały charakter całkowicie spontaniczny. Widzieliśmy mieszkańców wynoszących broń ze szpitala, gdzie potajemnie zgromadzono znaczny arsenał broni palnej, w tym karabinów maszynowych.
W hotelu spotkaliśmy dwóch członków naszej grupy, którzy podążyli za demonstracją. Relacja przedstawiona przez tych wybitnych ekonomistów stanowi dobry przykład zawodności świadectw naocznych świadków – nawet osób o ponadprzeciętnej inteligencji.
Jednym z celów uczestników zamieszek było uwolnienie więźniów politycznych. Demonstranci wtargnęli do gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości, lecz nikogo tam nie znaleźli. Zadowolili się więc wyrzuceniem na ulicę stert ministerialnych dokumentów. Następnie skierowali się do budynku policji politycznej [siedziby Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa – przyp. red.]. Tam odnaleźli więźniów i uwolnili ich.
W międzyczasie przed budynkiem policji politycznej pojawiły się czołgi. Sądzono, że wiele z nich, jeśli nie wszystkie, to czołgi radzieckie i że każdy z nich był dowodzony przez rosyjskiego oficera. Przekonanie to okazało się jednak błędne. Radziecka brygada stacjonowała poza miastem, lecz Rosjanie uznali za rozsądne pozostawienie polskiemu wojsku rozwiązania własnych problemów.
Według naszych dwóch kolegów, którzy podążyli za pochodem, kilka polskich czołgów zostało przejętych przez demonstrantów. Ci następnie rozpoczęli ostrzał budynku i doprowadzili do jego podpalenia. Nasi rozmówcy twierdzili również, że widzieli w oknach budynku funkcjonariuszy policji politycznej, którzy podnosili ręce i krzyczeli „poddajemy się”. Przeprowadziliśmy bardzo staranne dochodzenie. Ustaliliśmy, że w rzeczywistości przejęto tylko jeden czołg. Wystrzelono z niego jeden pocisk – tylko jeden. Demonstranci nie wiedzieli, jak przeładować działo. Tamtego popołudnia kilku z nas odważyło się wyjść na miasto. Wystrzelono w ich kierunku jedynie gaz łzawiący z jednego z czołgów, co nie było szczególnie niepokojące.
Nasi gospodarze, co zrozumiałe, martwili się o nasze bezpieczeństwo. Błagali nas, abyśmy ograniczyli aktywność do zwiedzania spokojnej dzielnicy mieszkalnej miasta i odwiedzili piękną katedrę. Noc spędziliśmy w hotelu. Część z nas udała się po bagaże pozostawione w wagonie sypialnym, po drodze słysząc strzały z broni maszynowej. Na miejscu zastaliśmy naszego wiernego konduktora. Ku naszemu przerażeniu odkryliśmy, że przez cały ten czas nic nie jadł. Tymczasem wcześniej otrzymaliśmy na kolację kanapki w ilości znacznie przewyższającej nasze potrzeby.
– Dlaczego, na Boga, nie zjadł pan kanapek? – zapytaliśmy.
– Ponieważ nie miałem pańskiej zgody – odpowiedział.
Polacy to szlachetny naród.
Nasz przyjaciel z Cambridge, Brian Reddaway, napisał do swojej żony dwudziestostronicowy list, w którym opisał nasze przeżycia. Oczywiście nie było sensu wysyłać go z Poznania, a nawet nadanie go z Polski wydawało się ryzykowne. W nocy słyszeliśmy nieprzerwany warkot czołgów przejeżdżających obok hotelu.
Niektórzy członkowie naszej grupy byli niezadowoleni, że zamiast porządnej kolacji w hotelowej restauracji na parterze podano nam jedynie skromny posiłek w pokojach na piętrze. Ich irytacja szybko ustąpiła poczuciu ulgi, gdy pokazano im ślady po kulach w oknach restauracji.
Wczesnym rankiem następnego dnia na miejscu pojawił się znany dziennikarz – mój dawny kolega szkolny Sefton Delmer z „Daily Express”. Miał niezwykły instynkt do wyczuwania miejsc, gdzie działo się coś ważnego, i z niepokojem śledził napływające doniesienia. Najprostszym sposobem przekazania mu wiadomości wydawało się wręczenie przez Briana Reddawaya niezapieczętowanego listu do żony – z prośbą o nadanie go po wyjeździe z Polski.
– Możesz pominąć bardziej sentymentalne fragmenty – powiedział Brian.
Kilka dni później zdobyliśmy egzemplarz odpowiedniego wydania „Daily Express”. Ku naszemu przerażeniu na pierwszej stronie widniał wielki nagłówek:
„Zamieszki w Poznaniu: brytyjscy ekonomiści nie dostali kolacji”
[Riots in Poznan: British economists miss their dinner].

Powszechnie sądzono, że podobne rozruchy wybuchły również w wielu innych polskich miastach. Ustaliliśmy jednak, że było to całkowicie niezgodne z prawdą.
Przed II wojną światową Poznań należał do Niemiec i nosił nazwę Posen2Richard Kahn wspomina, że przed II wojną światową Poznań należał do Niemiec. Jest to oczywiście pomyłka. Kahn najpewniej miał na myśli fakt, że było miasto pozostawało pod panowaniem niemieckim do 1918 roku, a następnie w czasie II wojny światowej znajdowało się pod okupacją niemiecką. Z wieloma mieszkańcami mogliśmy porozmawiać po niemiecku. Jednak obawiali się rozmów w tym języku, zwłaszcza z Anglikami. Przybysze z Niemiec nie byli mile widziani. Osoby przyjeżdżające samochodami z Niemiec starannie zasłaniały tablice rejestracyjne.
Kilka dni później odwiedziliśmy Kraków, piękne miasto słynące z zamku, katedry i uniwersytetu – jednego z najstarszych w Europie. Specjalnie dla nas zorganizowano prywatne zwiedzanie uczelni. W pewnym momencie oprowadzanie zostało przerwane. Powodem było pojawienie się na dziedzińcu grupy Niemców. Nasi gospodarze obawiali się, że będą chcieli dołączyć do naszej grupy, czego za wszelką cenę próbowali uniknąć.
– Czy są to Niemcy ze Wschodu czy z Zachodu? – zapytaliśmy.
– To nie ma żadnego znaczenia – usłyszeliśmy w odpowiedzi.
Polacy mają pecha, że pozostają w złych stosunkach ze wszystkimi swoimi sąsiadami – Niemcami Wschodnimi, Czechosłowacją i Związkiem Radzieckim.
Maria Cristina Marcuzzo (2020) Richard F. Kahn: A Disciple of Keynes, History of Economics Review, 76:1, 2-57.
Link do artykułu tutaj.
Publikacja za zgodą redaktora gościnnego czasopisma History of Economics Review prof. Tony Aspromourgos (University of Sydney) oraz za zgodą samej autorki Marii Cristiny Marcuzzo.
Tłumaczenie: Gracjan Bachurewicz